Proces - streszczenie szczegółowe - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Rozdział pierwszy
Aresztowanie - Rozmowa z panią Grubach - Potem panna Bürstner


„Ktoś musiał zrobić doniesienie na Józefa K., bo mimo że nic złego nie popełnił, został pewnego ranka po prostu aresztowany”.
Zaraz po przebudzeniu, zaniepokojony nieobecnością pani Grubach, kucharki, która każdego ranka przygotowywała mu posiłek, główny bohater postanowił do niej zadzwonić. Gdy sięgał po telefon do mieszkania wtargnął tajemniczy, rosły, ubrany na czarno mężczyzna, którego Józef widział po raz pierwszy w życiu. Nieznajomy nie odpowiadał na żadne pytania. Bohater zażyczył sobie, by mężczyzna przepuścił go do sąsiedniego pokoju, w którym na co dzień mieszkała kucharka. Zamiast kobiety zastał w nim innego nieznajomego osobnika.

Skonsternowany Józef dostrzegł, że z budynku naprzeciwko, przez okno przyglądała mu się z ciekawością starsza kobieta. Gdy bohater zażądał natychmiastowego spotkania z panią Grubach, drugi z mężczyzn oznajmił mu:
„Nie (…) pan jest przecież aresztowany”.
Zaskoczony K. zapytał, co takiego zrobił. Funkcjonariusz odparł, że postępowanie przeciwko niemu zostało już wszczęte i najlepiej będzie, jeśli dobrowolnie wróci do swojego pokoju. Zapewniał, że jak dotąd on i Franciszek, czyli mężczyzna, którego Józef poznał jako pierwszego, byli nad wyraz uprzejmi i nie mieli zamiaru używać wobec niego siły. Dwaj intruzi proponowali, aby K., zamiast do magazynu, w którym zdarzają się sprzeniewierzenia, powierzył im wszystkie drogocenne i luksusowe przedmioty na czas procesu. Ponadto rzeczy zdeponowane w magazynie po pewnym czasie zostałyby sprzedane za bezcen na aukcji. Bohater nie słuchał ich słów, zastanawiał się kim byli mężczyźni, którzy wtargnęli do jego mieszkania z zamiarem aresztowania go i komu służyli:
„K. żył przecież w państwie praworządnym, wszędzie panował pokój, wszystkie prawa były przestrzegane, kto śmiał go we własnym mieszkaniu napadać?”.
Przyszła mu do głowy myśl, iż cała ta sytuacja mogła być żartem z okazji jego trzydziestych urodzin, za którym stali jego koledzy z banku. Postanowił, że jeśli faktycznie ktoś próbuje mu spłatać takiego figla, to nie popsuje nikomu zabawy i wytrwa w nim najdłużej jak potrafi.


Józef udał się do swojego pokoju, a tam w szufladzie odnalazł metrykę swoich narodzin. Z dokumentem w ręku miał zamiar udać się do drugiego pokoju, gdy nagle spostrzegł, że do mieszkania weszła pani Grubach. Kobieta, jak tylko go ujrzała, zmieszała się, przeprosiła i wyszła, ostrożnie zamykając drzwi za sobą. Spożywający śniadanie mężczyźni odpowiedzieli na jego pytanie mówiąc, że kucharce nie wolno było przebywać w tym mieszkaniu. Jednak na drugie pytanie, o powód aresztowania, nie chcieli odpowiedzieć. Józef przedstawił im metrykę i zażądał, aby tamci przedłożyli mu nakaz zatrzymania. Intruzi nie mieli zamiaru z nim rozmawiać, jeden z nich rzekł:
„Nasza władza, o ile ją znam, a znam tylko najniższe służbowe stopnie, nie szuka winy wśród ludności, raczej wina sama przyciąga organy sądowe, które ją wówczas ścigają, jak mówi ustawa, i wysyłają nas, strażników. Takie jest prawo. Gdzie więc może tu zajść jakaś pomyłka?”.
Zdziwiony K. odparł, że nie znał takiego prawa, poczym dodał, iż jego zdaniem istniało ono jedynie w głowach funkcjonariuszy. Odpowiedź na ten zarzut była niepokojąca, jeden z mężczyzn rzekł, że Józef wkrótce na własnej skórze przekona się o autentyczności tego prawa.

Franciszek zwrócił się po imieniu do drugiego mężczyzny, Willema, mówiąc, że skoro K., nie znał panujących w państwie zasad, to nie mógł utrzymywać, że był niewinny. Józef w myślach przyznał, że od tych dwóch niczego się nie dowie, ponieważ byli zwyczajnie zbyt głupi. Postanowił, że nadszedł czas, aby skończyć z tym zamieszaniem. Zażądał, aby funkcjonariusze zaprowadzili go do ich przełożonego. Willem surowo odpowiedział, że zrobią to dopiero na wyraźny rozkaz zwierzchnika, a do tego czasu nakazał Józefowi, aby udał się do swojego pokoju i tam czekał na dalsze zalecenia. K. przez chwilę zastanawiał się czy nie uciec z mieszkania, ale zdał sobie sprawę, że miał niewielkie szanse z Willemem i Franciszkiem. Postanowił wrócić do swojego pokoju.

Nie przejmował się tym, że ominie go dzień pracy, ponieważ zajmował w banku dość wysokie stanowisko, dzięki czemu mógł pozwolić sobie na nieobecność bez konieczności ponoszenia jej konsekwencji. Zamiast śniadania, które zjedli mu funkcjonariusze posilił się jabłkiem. Zastanawiał się, dlaczego pozwolono mu przebywać w pomieszczeniu, w którym z łatwością mógł odebrać sobie życie, skoro był aresztowany. Oczywiście nie miał zamiaru tego robić, ponieważ uważał to za krok wielce bezsensowny. Nagle, gdy próbował się napić wódki, którą trzymał w szafce, z pokoju obok dobiegł go przerażający krzyk. To jeden z funkcjonariuszy, Franciszek, w wojskowy sposób oznajmił Józefowi, iż nadzorca wzywał go do siebie.

Na tę wiadomość czekał, dlatego pośpiesznie pobiegł do pokoju obok. Mężczyźni rozkazali mu się natychmiast porządnie ubrać, ponieważ jeśli ich zwierzchnik zobaczyłby go w koszuli nocnej, to dostałoby się nie tylko jemu, ale i im. Dodatkowo funkcjonariusze zastrzegli, że odzież musi być w kolorze czarnym. Józef początkowo oponował:
„Przecież to jeszcze nie jest rozprawa główna”,
ale dla przyśpieszenia sprawy zgodził się. Z szafy wybrał starannie najlepszy żakiet i białą koszulę.

Stosownie ubrany przeszedł wraz ze strażnikiem przez dwa pokoje. W trzecim, należącym do panny Bürstner, stenotypistki, zasiadał za biurkiem nadzorca. Poza nim w pomieszczeniu znajdowało się trzech innych funkcjonariuszy, którzy z ciekawością przyglądali się wiszącym na ścianie zdjęciom kobiety. Bohater dostrzegł, że z budynku naprzeciwko obserwowała go już nie tylko staruszka, ale i dwoje mężczyzn. Nadzorca wiedział, że sytuacja w jakiej znalazł się K. była dla niego zaskoczeniem. Józef cieszył się, że wreszcie spotkał kogoś kompetentnego, od kogo dowie się czegoś konkretnego. Bohater chciał usiąść, ale mężczyzna mu na to nie pozwolił. Stojąc, więc, K. rzekł, że trzydzieści lat życia uodporniło go na niespodzianki, zwłaszcza jak ta. Zdawał sobie sprawę, iż nie był ofiarą żartu.
„Wnioskuję to z tego, że jestem wprawdzie oskarżony, ale nie mogę znaleźć najmniejszej winy, o którą można mnie było oskarżyć. Ale i to jest drugorzędną sprawą: kto mnie oskarża? - oto zasadnicze pytanie”,
rzekł Józef. Nie wiedział, jaka władza stała za tym wszystkim, ponieważ funkcjonariusze nie byli umundurowani.

Był przekonany, że nadzorca udzieli mu wszelkich wyjaśnień, które zakończą całą sprawę. Jednak mężczyzna nie miał takiego zamiaru. Nadzorca wyjaśnił, iż on i jego ludzie jedynie wykonują rozkazy, a o sprawie Józefa nic nie wiedzą. Ich zadaniem było aresztowanie go. Mężczyzna doradził bohaterowi:
„(…) radzę panu mniej zajmować się nami i tym, co się z panem stanie, natomiast więcej myśleć o sobie. I lepiej nie robić tyle hałasu z tą pańską niewinnością, bo to psuje niezłe wrażenie, jakie pan na ogół sprawia”.
Zakłopotany Józef poprosił o możliwość wykonania telefonu do zaprzyjaźnionego prokuratora Hasterera. Nadzorca zgodził się, ale zapytał o sens ewentualnej rozmowy. K. oburzył się, zdenerwowany podszedł do okna i zaczął przeganiać zgromadzonych po przeciwnej stronie ulicy gapiów, wśród których dostrzegł rosłego mężczyznę. Następnie zwrócił się do funkcjonariuszy z propozycją, aby zakończyć całą sprawę pokojowo, w tym celu wyciągnął w przyjaznym geście dłoń w kierunku nadzorcy. Jednak funkcjonariusz wstał i nawet nie zwrócił uwagi na Józefa. Odpowiedział, że jego zadaniem było oznajmienie podejrzanemu, że był aresztowany i wykonał je, po czym zapytał, czy K. chciałby pójść do banku.

Zbity z tropu Józef nie wiedział dlaczego zaproponowano mu coś takiego, skoro miał zostać zatrzymany. Ku jego zdziwieniu nadzorca odpowiedział na to:
„Pan jest aresztowany, pewnie, ale nie powinno to panu przeszkadzać w wykonywaniu zawodu. I nie powinno to również wpłynąć na codzienny tryb pańskiego życia”.
Bohater uznał, że w takim przypadku aresztowanie nie było tak straszną rzeczą. Najwyższy rangą funkcjonariusz cieszył się, że K. myślał o tym w taki sposób. Tuż przed wyjściem nadzorca wyjawił, że aby ułatwić Józefowi powrót do banku, towarzystwa dotrzymają mu jego koledzy. Wtedy bohater zorientował się, że trzej mężczyźni, którzy przyglądali się zdjęciom w pokoju, faktycznie byli jego znajomymi z pracy. Nie wierzył, że nie poznał ich od razu.

Pierwszy z nich nazywał się Rabensteiner, drugi Kullich, a trzeci Kaminer, pracowali w banku na niższych stanowiskach. K. zaproponował im więc wspólne wyjście do pracy. Gdy nie mógł znaleźć kapelusza, jego podwładni natychmiast rzucili się w jego poszukiwania. W drzwiach mężczyźni minęli się z panią Grubach. Podczas gdy Józef czekał na chodniku, aż Kminer podjedzie po niego, Rabsteinera i Kullicha samochodem, ten ostatni dostrzegł podejrzanego osobnika. Bohater rozpoznał w nim tego, który z okna budynku naprzeciwko przyglądał się zajściom, jakie miały miejsce niedawno w jego mieszkaniu. Gdy podjechał samochód Józef wsiadł do niego z ulgą, widok tego rosłego osobnika był dla niego niepokojący.

K. zwykł pracować do dziewiątej, potem wstępował do piwiarni, skąd wychodził około godziny jedenastej. Wyjątkami były wieczory, kiedy to dyrektor banku, który wysoko cenił Józefa, zapraszał go na przejażdżkę automobilem do swej willi na kolację. Poza tym bohater raz w tygodniu odwiedzał dziewczynę imieniem Elza, która nocami pracowała jako kelnerka, a w dzień „przyjmowała wizyty leżąc w łóżku”. Jednak tym razem K. miał zamiar po pracy iść prosto do domu. Chciał zrobić tam porządek, dzięki czemu łatwiej będzie mu zapomnieć o wydarzeniach, które przytrafiły mu się rankiem tego dnia.

Około dziesiątej był już pod pensjonatem, przestraszony ujrzał w mroku stojącą przed wejściem tajemniczą sylwetkę. Z ulgą odkrył, iż był to tylko syn stróża. Nie poszedł prosto do swojego mieszkania, postanowił zajrzeć najpierw do pani Grubach. Otyła kobieta nie miała nic przeciwko, lubiła Józefa. Uważała go za swojego najsympatyczniejszego lokatora. Siedziała przy stole i mimo późnej pory cerowała stare pończochy. K. z ulgą dostrzegł, że w pokoju panował porządek. Bohater przeprosił ją za zamieszanie, które miało miejsce tego ranka. Kobieta nie żywiła do niego za to urazy. Pani Grubach wyznała, iż trochę podsłuchiwała, a do tego rozmawiała ze strażnikami. Chciała uspokoić Józefa, mówiąc:
„Pan jest wprawdzie aresztowany, lecz nie tak, jak to bywa aresztowany złodziej. Jeśli się aresztuje złodzieja, wówczas jest źle, ale takie aresztowanie... Wydaje mi się, że jest to jakby coś uczonego (…) czego wprawdzie nie rozumiem, ale czego się też nie musi rozumieć”.
K. po części podzielał jej zdanie, jednak poszedł trochę dalej mówiąc, iż tak naprawdę nic się nie stało. Mówił, że gdyby działał racjonalnie, nie dał się zaskoczyć, to nic takiego nie miałoby miejsca.

Podziękował kobiecie za to, że podzielała jego zdanie. Wstał z miejsca i zaproponował jej uścisk dłoni, lecz ta również, jak nadzorca, tego nie zrobiła. Przed wyjściem K. zapytał, czy panna Bürstner była w swoim pokoju. Kobieta odparła, że lokatorka nie pokazywała się od samego rana. Pani Grubach była zaniepokojona tym, że panna Bürstner tak późno wraca do domu, a w dodatku widziała ją z wieloma mężczyznami. Słowa te oburzyły Józefa, który darzył sympatią młodą lokatorkę. Kobieta usprawiedliwiała się, że jej chodzi tylko na dobrej reputacji pensjonatu. K. trzasnął drzwiami do swojego pokoju nie zwracając uwagi na panią Grubach.

Postanowił poczekać na powrót panny Bürstner. Po rozmowie z nią miał zamiar udać się do winiarni, w której pracowała Elza. Około dwunastej usłyszał kroki na korytarzu. Wiedział, że jak kobieta wejdzie do swojego pokoju to nie będzie mógł do niej pójść. Musiał porozmawiać z nią na korytarzu. Jego widok ucieszył kobietę. Zaprosiła go do swojego pokoju, ponieważ była zbyt zmęczona, żeby rozmawiać na stojąco. Józef wyjaśnił pannie Bürstner, co zaszło tego ranka w jej mieszkaniu. Gdy chciała dowiedzieć się nieco o motywach działania tajemniczych funkcjonariuszy, K. zapewnił ją, że to nic ciekawego.

Kobieta nie miała zamiaru wnikać w jego tajemnice. Przyjęła przeprosiny, zwłaszcza, że po rzekomym bałaganie nie było śladu. Jedynie na tablicy z fotografiami dostrzegła nieporządek. To jednak zdenerwowało kobietę, która zabroniła Józefowi wchodzenia do tego pokoju pod jej nieobecność. K. ponownie ją przeprosił i dodał, że człowiekiem, który dotykał jej zdjęcia był pracownik jego banku, którego wkrótce każe zwolnić. Próbował tłumaczyć się, że w tym właśnie pokoju zebrała się rankiem przedziwna komisja śledcza, która nie przedstawiając mu zarzutów oświadczyła, iż został aresztowany. Panna Bürstner nie uważała, aby Józef mógł popełnić przestępstwo, dodała, że interesują ją sprawy sądowe, a ponadto w przyszłym miesiącu miała zostać zatrudniona w kancelarii biura adwokackiego. K. ucieszyła ta wiadomość, ponieważ liczył na to, że kobieta pomoże mu podczas ewentualnego procesu. Uważał, że jego sprawa była zbyt błaha aby zatrudniać prawnika, ale przydałby mu się doradca. Panna Bürstner zgodziła się, pod warunkiem, że Józef wyjaśni jej, jaki zarzut postawiła mu komisja śledcza.
„W tym sęk (…) iż sam tego nie wiem”,
odpowiedział K. Kobieta uznała, że rozmówca rozbił sobie z niej żarty.

Józef chciał odtworzyć zajścia, które miały miejsce w mieszkanku kobiety rankiem. W tym celu wysunął stolik na środek pokoju. Panna Bürstner powtarzała, że była zbyt zmęczona, z czasem zaczęła żałować, że wpuściła K. do siebie. Józef zasiadł za stolikiem, niczym za biurkiem, wcielając się w rolę nadzorcy. Prosił, aby kobieta wyobraziła sobie jeszcze dwójkę funkcjonariuszy i trzech innych mężczyzn przyglądających się jej zdjęciom. Dodał, iż na oknie wisiała biała bluzka. Na koniec przypomniał, że on, oskarżony, stał przed biurkiem. Bohater, ku rozbawieniu kobiety, zaczął odgrywać scenkę swojego przesłuchania.

W momencie, gdy krzyknął swoje nazwisko, rozległo się pukanie do drzwi pokoju. Przerażona panna Bürstner chwyciła równie przestraszonego Józefa za rękę. Kobieta zorientowała się, że pukanie dochodziło od strony pokoju nowego lokatora pensjonatu, kapitana, siostrzeńca pani Grubach. K., chcąc uspokoić młodą lokatorkę, pocałował ją w czoło, co ją wielce oburzyło. Chciała, aby Józef dał już jej spokój, zwłaszcza, że podsłuchiwał ich krewny właścicielki pensjonatu. Bohater zaprowadził ją w najbardziej oddalone miejsce od drzwi. Zapewnił ją, że pani Grubach uwierzy w każdego jego słowo, a w dodatku była mu dłużna pieniądze, więc cieszył się u niej specjalnymi przywilejami. Dlatego zadeklarował, że bierze na siebie pełną odpowiedzialność za to, co wydarzyło się przed chwilą w pokoju.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Proces - streszczenie
2  Proces - próba interpretacji - notatka szkolna
3  Franz Kafka - życiorys -notatka szkolna



Komentarze: Proces - streszczenie szczegółowe

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2009-04-22 11:43:30

Serdeczne podziękowania dla autora, dzięki temu streszczeniu i zamieszczonym fragmentom ekranizacji pojęcie meritum utworu staje się bardzo przystępne.


2008-11-30 23:03:00

świetne streszczenie, gorąco polecam:D sam przeczytałem książke jakiś czas temu i potrzebowałem przypomnieć sobie najważniejsze fakty, i to streszczenie bardzo mi pomogło. Wielkie dzięki dla autora za poświecony czas:)




Streszczenia książek
Tagi: