Proces - streszczenie szczegółowe - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Praczka spostrzegła, że przyglądał im się Bertold, niski młodzieniec o rzadkiej rudej brodzie. Józef rozpoznał go, był to student nauk prawniczych, któremu wszyscy wróżyli wielką karierę. Mężczyzna wymownie kiwnął palcem na kobietę, a ta posłusznie odeszła od bohatera, mówiąc mu:
„(…) natychmiast wrócę i później pójdę z panem, jeśli mnie pan zabierze, pójdę, dokąd pan zechce, będzie pan mógł ze mną wszystko zrobić, będę szczęśliwa, jeśli stąd odejdę, najchętniej na zawsze”.
K. odganiał od siebie myśli, iż kobieta manipulowała nim na korzyść sądu. Podobała mu się i nie widział powodu, dla którego miałby odmówić sobie przyjemności odebrania sędziemu śledczemu ukochanej. Niepokoiła go przedłużająca się rozmowa kobiety z Bertoldem. Po pewnym czasie student objął praczkę i pocałował ją w kark. Józef przekonał się, iż faktycznie młodzieniec ją terroryzował.

Mężczyźni rzucali sobie wrogie spojrzenia, obydwaj rywalizowali ze sobą o kobietę. Doszło między nimi do utarczki słownej, z której bohater wyszedł zwycięsko. Bertold żałował, że sędzia zezwolił K. odpowiadać z wolnej stopy, zamiast zamknąć go w areszcie. Gdy Józef chwycił praczkę za rękę i chciał z nią odejść, student podniósł ją na ręce i skierował się z nią w stronę drzwi. Kobieta nazwała go „małym potworem” gładząc go po twarzy, a do bohatera rzekła, iż wszelki opór był daremny, ponieważ to sędzia śledczy posyłał po nią. Zaczęła krzyczeć na Józefa, by ten nie przeciwstawiał się Bertoldowi, ponieważ on spełniał tylko rozkazy swojego zwierzchnika. Zawiedziony i rozwścieczony K. pchnął studenta z całej siły, lecz ten tylko na chwilę stracił równowagę. Odczuwał gorycz porażki, ale uważał, iż sam był sobie winien. Przegrał, ponieważ walczył, zamiast zostać w domu i prowadzić swój zwykły tryb życia, dzięki któremu czułby się lepszym od tych ludzi.

Bertold niósł kobietę po wąskich schodach na strych. Bohater zorientował się, że został okłamany przez kobietę. Nie wydawało mu się, iż sędzia śledczy mieszkał na strychu, a podobno do niego zabrał ją student. Jednak tuż przy wejściu na schody wisiała karteczka, na której brzydkim pismem nakreślono: „Wejście do kancelaryj sądowych”. Przyszła mu do głowy myśl, iż dlatego właśnie nagabywano go we własnym mieszkaniu, a nie wezwano do stawienia się od razu w tym budynku. Czuł się dużo lepiej sytuowany niż sędzia, który musiał gnieździć się na strychu wśród rupieci, podczas gdy on miał do swojej dyspozycji wielki gabinet w banku.

Do Józefa podszedł woźny sądowy i zapytał, czy ten nie widział jego żony. Bohater odparł, że właśnie student zaniósł ją do pokoju sędziego. Niezadowolony mężczyzna wyznał, że zwierzchnicy zlecają mu błahe zadania, aby pozbyć się go z mieszkania, a wtedy uprowadzają jego małżonkę. Pomimo że ten stara się wykonać swoje polecenie jak najszybciej, nigdy nie udało mu się zdążyć na czas do domu, aby powstrzymać studenta. Przyznał też, że z chęcią rozprawiłby się z młodzieńcem, gdyby nie był tak zależny wobec sędziego. Woźny zdawał sobie sprawę, że główną winowajczynią tych zajść była jego żona, która swoim zachowaniem prowokowała mężczyzn. Jedynym rozwiązaniem, według niego, było pobicie studenta, lecz on sam nie mógł tego zrobić.
„Tylko taki mężczyzna jak pan mógłby to zrobić”,
zwrócił się woźny do Józefa. Mężczyzna uważał, że skoro K. był oskarżonym, a w ich sądzie niemal wszystkie procesy kończyły się skazaniem, nie miał nic do stracenia. Józef przyznał, że z chęcią pobiłby studenta oraz każdego innego urzędnika sądu. Woźny przytaknął i zaproponował bohaterowi zwiedzenie kancelarii.

Za poczekalnię służył ciemny, wąski korytarz, od którego ścian odrywały się deski. Nie wszystkie drzwi były całe, niektóre zrobione były na kształt kraty z listew, zza których urzędnicy mogli spoglądać na petentów. Czekający na przyjęcie ludzie byli skromnie ubrani, swoim widokiem przypominali żebraków ulicznych. K. dowiedział się od woźnego, że wszyscy byli oskarżeni. Józef zwrócił się do pierwszego z nich z pytaniem na co czeka. Wysoki i smukły mężczyzna był tak zagubiony i zakłopotany, że nie potrafił udzielić odpowiedzi. Dopiero gdy woźny powtórzył pytanie K., podejrzany po dłuższej chwili odparł:
„Postawiłem przed miesiącem kilka wniosków o przeprowadzenie dowodu w mojej sprawie i czekam na załatwienie”.
Józef odparł, iż nie wie dlaczego ktoś robi sobie tyle trudu, jemu nigdy nie przyszło do głowy, aby w swojej błahej sprawie zabiegać o dołączenie nowych dowodów. K. wyczuł wielki strach mężczyzny. Bohater próbował przekonać go, że również był oskarżonym. Gdy chwycił go za rękę ten krzyczał zupełnie jakby ktoś go torturował. Woźny szepnął Józefowi, że prawie każdy z oskarżonych był tak wrażliwy.

K. wraz z mężem praczki przeszli się po całym korytarzu, skręcili w prawo. Po jakimś czasie Józef poczuł się zagubiony i miał ochotę wyjść z kancelarii. Bohater domagał się jednak od woźnego, aby ten natychmiast wyprowadził go z budynku. Na korytarz wyszła zaalarmowana krzykiem młoda urzędniczka. Gdy zapytała co się stało, Józef długo nie wiedział co odpowiedzieć. Nie chciał mówić jej, że był oskarżonym. Dziewczyna przyniosła mu krzesło i poprosiła aby usiadł, gdyż była przekonana, że K. najzwyczajniej w świecie zasłabł. W lokalu panował okropny zaduch, zwłaszcza w tak słoneczne dni, jak ten. Dodatkowo zapach suszonego prania powodował często mdłości u ludzi, którzy pojawiali się w kancelarii po raz pierwszy.

Dziewczyna chciała wpuścić nieco świeżego powietrza, lecz jak uchyliła lufcik do pomieszczenia dostała się głównie sadza. Zamroczony Józef nie miał siły wstać. Poprosił stojącego w drzwiach mężczyznę, by ten wsparł go ramieniem i pomógł mu udać się do wyjścia. Jednak pracownik kancelarii nie podszedł do niego i dalej stał z rękami w kieszeniach oparty o futrynę i uśmiechał się. Kobieta przedstawiła go jako informatora kancelarii.

Mężczyzna ten znał odpowiedzi na wszystkie pytania petentów.
„A nie jest to jedyna jego zaleta, drugą jest elegancki strój”,
dodała. Tłumaczyła, że klienci najczęściej to właśnie z nim mieli do czynienia, dlatego też musiał być stosownie ubrany. Dziewczyna zdradziła również, iż urzędnicy sami zorganizowali zbiórkę pieniędzy na strój informatora, ponieważ zarząd nie miał zamiaru przeznaczać na to specjalnych środków finansowych.
„Wszystko to na to, by robił dobre wrażenie, ale on przez swój śmiech psuje wszystko i odstrasza ludzi”,
zakończyła.

Dziewczyna za wszelką cenę chciała usprawiedliwić niegrzeczne zachowanie swojego współpracownika. Wreszcie urzędnicy pomogli Józefowi podnieść się z krzesła. Gdy prowadzili go do wyjścia kobieta szeptała bohaterowi do ucha, że informator miał naprawdę złote serce, chociaż tego nie okazywał. Przekonywała go, że urzędnicy sądowi, choć są postrzegani jako bezduszni, wcale takimi nie są. Przyprowadzili go do poczekalni i posadzili na chwilę obok oskarżonego, z którym Józef rozmawiał wcześniej. Smukły mężczyzna nie zwrócił uwagi na bohatera, zamiast tego usprawiedliwiał informatorowi swoją obecność w kancelarii.

Urzędnik odparł mu, że nie widzi niczego złego w tym, że ktoś przejmuje się swoją sprawą. K. poczuł się jeszcze gorzej Dopiero, gdy postawiono go naprzeciw drzwi wyjściowych i uchylono je, doszedł do siebie. Gdy bohater dziękował urzędnikom i chciał się pożegnać dostrzegł, że ci, przyzwyczajeni do kancelaryjnego zaduchu, źle znosili świeże powietrze. Zbiegł ze schodów wielkimi susami, zaskoczony tą nagłą odmianą samopoczucia.
„Czyżby ciało zamierzało zbuntować się i zgotować mu nowy proces, skoro tak łatwo znosił dotychczasowy?”,
zastanawiał się Józef.

Rozdział czwarty
Przyjaciółka panny Bürstner


K. kilkakrotnie próbował skontaktować się z panną Burstner. Wysłał do niej nawet dwa listy – na adres domowy i do biura, jednak na żaden z nich nie otrzymał odpowiedzi. Stenotypistka wciąż go ignorowała. W niedzielę rano zauważył, że panna Montag, która wynajmowała pokój u pani Grubach, przeprowadzała się do panny Burstner. Po raz pierwszy od ostatniej kłótni Józef odezwał się do pani Grubach. K. narzekał na hałas, jaki towarzyszył przeprowadzce, panna Montag sama przenosiła swoje rzeczy pojedynczo, a przez to, że kulała, robiła to bardzo wolno i dość głośno. Pani Grubach w zwolnionym pokoju zamierzała umieścić kapitana, aby ten nie przeszkadzał Józefowi. Zanim pani Grubach opuściła jego pokój, Józef odebrał od służącej wiadomość. Panna Montag pragnęła się z nim spotkać w jadalni. Odpowiedział, że zaraz się tam zjawi. Poczym wyprosił kucharkę z pokoju i przebrał się.

Gdy zszedł do jadalni zastał tam pannę Montag. Niemka zapytała najpierw, czy Józef w ogóle ją znał. Według niej K. nie interesował się ani wydarzeniami mającymi miejsce w pensjonacie, ani jego mieszkańcami. Bohater odparł, że wiedział kim ona jest. Kobieta powłócząc nogą udała się do okna, skąd wzięła swoją torebkę. Wyjaśniła, że spotyka się z nim na prośbę swojej przyjaciółki, która nie czuła się najlepiej, dlatego ją poprosiła o tę przysługę. Przytaknęła, gdy Józef spytał, czy panna Bürstner nie chciała się z nim spotkać osobiście. Uważała, że rozmowa między nią, a Józefem nie miała żadnego sensu, ponieważ bohater stanowczo przesadzał, przypisując ich spotkaniu zbyt wielką wagę. Urażony K. wstał i chciał opuścić jadalnię, gdy w jej drzwiach stanął kapitan Lanz. Mężczyzna przywitał się zarówno z panną Montag, jak i z Józefem. Bohater dostrzegł, że pomiędzy siostrzeńcem panny Grubach, a młodą Niemką było coś więcej niż tylko znajomość. Józef zamknął za sobą drzwi jadalni i miał już iść do siebie. Jednak gdy mijał drzwi pokoju panny Bürstner zapukał do nich. Gdy nie uzyskał żadnej odpowiedzi zapukał ponownie, głośniej. Wreszcie uchylił drzwi i odkrył, iż w pokoju nie było nikogo. Mieszkanie było już przemeblowane, a dodatku panował w nim bałagan. K. przeczuwał, że panna Bürstner wyprowadziła się stamtąd. Gdy wyszedł na korytarz dostrzegł na jego końcu pannę Montag rozmawiającą z kapitanem. Miał wrażenie, że para go śledziła. Józef przeszedł pośpiesznie do swojego pokoju.

Rozdział piąty
Siepacz


Pewnego wieczora, wychodząc z pracy, K. usłyszał podejrzane jęki z pokoju, który służył w banku za rupieciarnię. Gdy szarpnął za drzwi odkrył, że znajdowali się tam trzej mężczyźni. Jeden z nich miał na sobie dziwne skórzane ubranie, które odsłaniało jego szyję i ramiona. Zorientował się, że dwaj pozostali mężczyźni to funkcjonariusze Franciszek i Willem, a trzeci z mężczyzn trzymał w ręku rózgę. Strażnicy powiedzieli Józefowi, że sędzia śledczy kazał ich wychłostać. K. tłumaczył im się, że nie poskarżył na nich, a jedynie opisał sceny, które rozegrały się w jego mieszkaniu. Willem odparł, że za swoją pracę są beznadziejnie opłacani, a do tego jest ona żmudna i niewdzięczna. Strażnicy próbowali wzruszyć Józefa, ale wtedy trzeci mężczyzna zwrócił się do niego: „(…) kara jest równie sprawiedliwa jak nieunikniona”.

Jednak Willem wciąż był przekonany, że gdyby nie K. i jego oskarżenia, to nie doszłoby do chłosty. Dodał, że przez bohatera cała ich kariera legła w gruzach. Józef zapytał siepacza, czy istniała jakaś możliwość odroczenia kary. Rosły mężczyzna z uśmiechem odparł, że nie. Zapewniał też, że strażnicy pod wpływem strachu wygadywali brednie. Willem i Franciszek zaczęli się powoli rozbierać, a K. próbował przekupić siepacza, by ten nie karał funkcjonariuszy. Jednak kat nie miał zamiaru przyjąć łapówki twierdząc, że bohater z pewnością na niego doniesie i to jemu ktoś wymierzy baty. Józef próbował bronić strażników:
„Zupełnie nie uważam ich bowiem za winnych, winna jest organizacja, winni są wysocy urzędnicy”.
Dodał, że gdyby klęczał tu na przykład sędzia, to sam zapłaciłby siepaczowi, by ten go wychłostał. Siepacz odparł:
„(…) nie dam się przekupić. Jestem wynajęty do bicia, więc biję”.
Franciszek uwiesił się na ramieniu Józefa i błagał go, by uratował chociaż jego. Oczernił Willema mówiąc, że to on sprowadził go na złą drogę. Słowa Franciszka, iż przed bankiem czekała na niego narzeczona sprawiły, że K. popłakał się ze wzruszenia. Nagle siepacz postanowił dłużej nie czekać i z całej siły zaczął okładać strażników rózgą po gołych plecach. Nieludzki krzyk Franciszka był tak donośny, że rozbrzmiał w całym budynku. Mężczyzna padł na podłogę z bólu, lecz nie uchroniło go to od kolejnych ciosów. K. odepchnął go od siebie i wyszedł na korytarz. Jeden z woźnych podbiegł pod rupieciarnię, Józef powiedział mu, że był tam tylko on, a skowyt i hałas musiał pochodzić z zewnątrz, najprawdopodobniej był to jakiś pies.

K. nie miał odwagi wracać do rupieciarni, nie chciał też iść do domu. Nie czuł się winny chłoście, ale żałował, że nie udało mu się jej zapobiec. Dziwił się, że siepacz odmówił przyjęcia łapówki, choć widok pieniędzy z pewnością wywarł na nim duże wrażenie. Z rupieciarni nie dochodziły już żadne odgłosy, K. obawiał się, iż strażnicy zostali pobici na śmierć. Gdy chwytał za klamkę drzwi wyjściowych postanowił, że ukarze wysokich urzędników, którzy zlecieli siepaczowi wychłostanie funkcjonariuszy.

Na ulicy nie dostrzegł żadnej dziewczyny, która mogłaby być narzeczoną Franciszka. Zrozumiał, że strażnik za wszelką cenę próbował wzbudzić w nim litość. Następnego dnia K. nie mógł przestać myśleć o funkcjonariuszach. Po pracy zajrzał do rupieciarni, gdzie zastał siepacza stojącego nad Willemem i Franciszkiem, a ci dwaj błagali Józefa o litość. Natychmiast zatrzasnął drzwi i niemal ze łzami w oczach pobiegł do woźnych i nakazał im posprzątanie pomieszczenia. Pracownicy banku zobowiązali się, że zrobią to z samego rana następnego dnia, ponieważ było już zbyt późno.

Rozdział szósty
Wuj - Leni


Pewnego popołudnia w banku pojawił się wuj Józefa, Karol, „drobny obywatel ziemski z prowincji”. Bohater od dłuższego czasu spodziewał się tej wizyty. Krewniak przybywał do stolicy zwykle na jeden dzień i w pośpiechu zawsze chciał załatwić wszystkie swoje sprawy. Mężczyzna niegdyś opiekował się Józefem, dlatego ten czuł się zobowiązany do udzielenia mu wszelkiej pomocy. Jednak nie darzył wuja wielką sympatią, po cichu nazywał go „upiorem z prowincji”. Po wejściu do gabinetu bohatera, mężczyzna zażyczył sobie rozmowy w cztery oczy. Na jego twarzy rysowało się oburzenie, ponieważ dotarła do niego wiadomość o procesie Józefa. Powiadomiła go o tym listownie Erna, jego córka, która przebywała w stolicy na pensji. Pewnego dnia chciała spotkać się z K. w banku, ale jakiś mężczyzna oświadczył jej, że pan prokurent jest zajęty rozmową o swoim procesie. Józef przyznał w duchu, że zupełnie zapomniał o Ernie, osiemnastoletniej gimnazjalistce, którą miał się opiekować. Oburzony wuj zaczął wypytywać o proces. Starszemu mężczyźnie nie podobał się spokój bohatera, obawiał się, że na całym tym zamieszaniu może ucierpieć nazwisko rodziny, której Józef był dotąd chlubą. Wuj był początkowo przekonany, że sprawa, w której postawiono zarzuty jego krewniakowi była związana z bankiem. K. zasugerował, że ich rozmowie z pewnością przysłuchuje się woźny pod drzwiami, dlatego zaproponował udanie się w bardziej ustronne miejsce. Bohater wezwał do gabinetu młodego pracownika banku, wydał mu stosowne instrukcje i razem z wujem opuścił pomieszczenie.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Proces - streszczenie
2  Wielcy o Kafce i Procesie
3  Kim jest Józef K.?



Komentarze: Proces - streszczenie szczegółowe

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2009-04-22 11:43:30

Serdeczne podziękowania dla autora, dzięki temu streszczeniu i zamieszczonym fragmentom ekranizacji pojęcie meritum utworu staje się bardzo przystępne.


2008-11-30 23:03:00

świetne streszczenie, gorąco polecam:D sam przeczytałem książke jakiś czas temu i potrzebowałem przypomnieć sobie najważniejsze fakty, i to streszczenie bardzo mi pomogło. Wielkie dzięki dla autora za poświecony czas:)




Streszczenia książek
Tagi: