Proces - streszczenie szczegółowe - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Obydwoje wiedzieli, że pani Grubach będzie oburzona faktem, iż w jej pensjonacie dochodzi do nocnych spotkań lokatorów. Kobieta uspokoiła się, podziękowała mu za tę propozycję dodając, że poczuła się nią nieco urażona. Panna Bürstner poprosiła Józefa, by opuścił jej mieszkanie. Na korytarzu spostrzegli, że spod drzwi pokoju zajmowanego przez kapitana wydobywało się światło. K. pożegnał się, a po chwili rzucił się na kobietę całując jej usta i twarz, niczym
„spragnione zwierzę chłepczące wodę u znalezionego wreszcie źródła”.
Przestał dopiero, gdy z mieszkania siostrzeńca pani Grubach dobiegł go jakiś szelest. Józef chciał nazwać ją po imieniu, ale go nie znał. Ucałował jej dłoń i odszedł do swojego pokoju. Zadowolony z siebie położył się spać. Jednak myśl o kapitanie nie pozwoliła mu szybko zasnąć.

Rozdział drugi
Pierwsze przesłuchanie


„K. został telefonicznie powiadomiony, że najbliższej niedzieli ma odbyć się małe przesłuchanie w jego sprawie”.
Przesłuchania miały odbywać się regularnie, niemal każdego tygodnia. Miało to na celu przyspieszenie i usprawnienie procesu. Wybrano właśnie niedzielę, aby termin nie kolidował z wykonywaniem pracy zawodowej bankiera. Podano mu dokładny adres, pod który miał się zgłosić. K. wiedział, że musi tam pójść, ponieważ wierzył, że to przesłuchanie będzie zarówno pierwszym, jak i ostatnim. Liczył, że przekona śledczych i tajemniczy proces przeciwko niemu zostanie odwołany. Gdy odłożył słuchawkę telefonu służbowego przy aparacie pojawił się wicedyrektor, z którym Józef nie żył w zgodzie.

Mężczyzna zaproponował bohaterowi niedzielny wypad na żaglówki i spotkanie z jego przyjaciółmi. Bohater wiedział, że urzędnik nie mówił tego szczerze, ale z obowiązku, gdyż w jego pozycja w banku była bardzo mocna. K. odmówił, mówiąc, że miał już pewne zobowiązania, których nie będzie w stanie przełożyć. Po pewnym czasie uzmysłowił sobie, że nie wie, o której godzinie ma stawić się na przesłuchanie. Uznał, że najlepiej będzie stawić się na miejscu o dziewiątej rano.

Niedzielny poranek był pochmurny. Józef obudził się z bólem głowy, ponieważ poprzedniego wieczora do późna siedział w piwiarni. Pośpiesznie ubrał się i bez śniadania pobiegł na przedmieście, gdzie miało odbyć się przesłuchanie. Po drodze zauważył trzech bankierów: Rabensteinera, Kullicha i Kaminera. Dwaj pierwsi jechali tramwajem, a trzeci siedział przed kawiarnią. K. nie korzystał tego dnia ze środków transportu, ponieważ nie chciał natknąć się na jakiegoś znajomego przed przesłuchaniem. Biegł chodnikiem chcąc zdążyć na dziewiątą, pomimo że nie umówił się wcale na tę godzinę. Odnalazł ulicę Juliusza, przy której znajdował się budynek sądu.

Wreszcie stanął przed wielkim domem, w którym go oczekiwano. Brama wjazdowa do rozległego gmachu była na tyle szeroka i wysoka, że z łatwością przejeżdżały przez nią ciężarówki. K. zorientował się, że znał większość z firm, których nazwy widniały na bokach samochodów stojących pod budynkiem. Wiele z nich było obsługiwanych przez jego bank. Józef rozglądając się zwracał uwagę na szczegóły. Dostrzegł bosego mężczyznę czytającego gazetę, huśtające się dzieci, dziewczynę z wiadrem przed pompą studni. Zauważył też rozpięty między oknami sznur, na którym schła bielizna. Gdy podszedł bliżej zorientował się, że budynek ma trzy klatki schodowe, a na końcu podwórza małe przejście, które prowadziło na jeszcze inne podwórze. Uzmysłowił sobie tedy, że
„traktowano go doprawdy z osobliwym niedbalstwem czy obojętnością”,
ponieważ nie powiedziano mu w którym pokoju ma dojść do przesłuchania.

Wszedł do środka. Na korytarzu bawiły się dzieci. Zaczął poszukiwania pokoju od pierwszego piętra. Wpadł na pomysł, że będzie pukał do każdych drzwi i zamiast pytać o komisje śledczą, będzie udawał, że szuka stolarza Lanza. Dzięki temu zajrzy wszędzie, a nie każdy dowie się, iż miał stawić się na przesłuchanie. Nazwisko to wpadło mu do głowy nieprzypadkowo, właśnie tak nazywał się siostrzeniec pani Grubach. Większość pomieszczeń stanowiły jednopokojowe kawalerki, w których matki gotowały obiady swoim dzieciom, a te nieustannie biegały po korytarzach. Z czasem życzliwi ludzie zaczęli pomagać Józefowi w poszukiwaniach stolarza, o którym nigdy nie słyszeli. Nie odstępowali go na krok, oprowadzając go po kolejnych piętrach, przez co K. zaczął żałować swojego pomysłu. Przed piątym postanowił przerwać poszukiwania, podziękował młodemu robotnikowi, który starał się mu pomóc, a gdy się go pozbył zapukał do pierwszych drzwi na tej kondygnacji.


Wiszący na ścianie w pokoju zegar wskazywał godzinę dziesiątą. Gdy zapytał, czy znalazł się w mieszkaniu Lanza, młoda kobieta, która prała właśnie dziecięce ubranka, zaprosiła go do środka. Wewnątrz trwało zebranie i nikt nie zwrócił uwagi na nowego gościa. W bardzo dusznym pokoju zgromadziło się mnóstwo ludzi, bohater dostrzegł też u góry pomieszczenia galerię, która była tak blisko sufitu, że stojący na niej musieli się garbić. Jakiś chłopiec chwycił Józefa za rękę i poprowadził za sobą.

Przedzierali się przez tłum, wydawałoby się, politycznych działaczy dzielnicy pochłoniętych jakimś sporem. Chłopiec zaprowadził K. do biurka, za którym zasiadał otyły mężczyzna, poczym próbował ogłosić jego przybycie. Dopiero za trzecim razem mężczyzna za stołem zwrócił na niego uwagę i wysłuchał na ucho jego raportu. Wtedy opasły człowiek spojrzał na zegarek i zarzucił Józefowi, że ten spóźnił się o godzinę i pięć minut. Gwar zaczął cichnąć, jedynie ludzie przebywający na galerii nie przerywali swoich rozmów. Józef dostrzegł wtedy, że byli oni gorzej ubrani od tych, którzy stali niżej. Bohater nie miał zamiaru się sprzeczać, postanowił, że będzie więcej obserwował, aniżeli mówił. Gdy zabrał głos i powiedział, że jest gotowy rozległy się oklaski z prawej strony sali. K. był przekonany, że tych ludzi uda mu się przekonać do siebie. Martwiła go cisza, jaka panowała po lewej stronie.

Otyły mężczyzna rozpoczął przesłuchanie. Najpierw jednak pouczył Józefa, aby więcej się nie spóźniał. K. wszedł na specjalne podium, które przyciśnięte było do biurka. Sędzia zaczął wertować sfatygowany notatnik. Spojrzał znad kartki i zapytał bohatera, czy wykonywał zawód malarza pokojowego. Józef odparł, że pełnił stanowisko pierwszego prokurenta wielkiego banku. Ludzie zgromadzeni po prawej stronie sali roześmiali się serdecznie. Zakłopotanemu otyłemu śledczemu nie podobała się ta reakcja publiczności na parterze, lecz nie mógł na nią nic poradzić. Jedyne co zrobił, to spojrzał groźnie na śmiejących się na galerii. Lewa strona sali zachowywała wciąż spokój. Józef zabrał ponownie głos. Przekonywał, że pomyłka, jaką popełnił sędzia, była typowa dla całego postępowania, które zostało przeciwko niemu wszczęte. Dodał, że jedynie z litości uznawał to przesłuchanie za element procesu sądowego.

Ta ostra wypowiedź nie spotkała się ze spodziewanym aplauzem publiczności. Przedłużającą się ciszę przerwał odgłos uchylanych drzwi. Do sali weszła praczka, która wpuściła Józefa do mieszkania. Bohater chwycił leżący na biurku poplamiony notatnik sędziego i podniósł go z obrzydzeniem. Zanim rzucił zeszyt z powrotem, zwrócił się do publiczności mówiąc:
„Oto są akta sędziego śledczego (…) Proszę w nich spokojnie czytać dalej, panie sędzio śledczy, tej księgi win zaiste się nie boję, mimo że jest mi niedostępna, ponieważ mogę ją uchwycić tylko dwoma końcami palców i nie wezmę jej całą ręką”.
Otyły mężczyzna starał się doprowadzić notatnik do ładu, poczym rozłożył go przed sobą, aby dalej w nim czytać. Józef rzekł, że jego przypadek to zwykła, nic nie znacząca pomyłka, ale symptomatyczna do postępowania, jakie było stosowane wobec wielu. Poza jednym entuzjastycznym okrzykiem, nikt na sali nie zareagował na te słowa.

K. zwrócił uwagę na mężczyzn z pierwszego rzędu, miał wrażenie, iż oni byli najważniejszymi ludźmi w pomieszczeniu. Bohater przekonywał, że nie zależało mu na popisach oratorskich, pragnął „jedynie omówienia pewnego publicznego zła”. Przybliżył zgromadzonym swoją historię. Zaczął od tego, że przed dziesięcioma dniami został aresztowany. „Dwóch ordynarnych strażników” wtargnęło rankiem do jego mieszkania, myląc go zapewne z jakimś malarzem pokojowym.

Nazwał funkcjonariuszy „zdemoralizowaną hołotą”, która zamiast pilnować go, zajęła pokój obok, aby tam przez cały czas ze sobą rozmawiać bez sensu. Opowiedział również o tym, że zjedli mu śniadanie, a potem zaproponowali, że jeśli da im pieniądze to kupią mu coś do jedzenia w restauracji. Wspomniał, iż dowodzący nimi nadzorca bezprawnie zajął pokój kobiety, którą on bardzo cenił. Dodał, że najbardziej oburzające w tym wszystkim było to, iż nikt nie potrafił powiedzieć mu, dlaczego został aresztowany. Na koniec wyjawił, że świadkami zatrzymania byli trzej pracownicy jego banku i pani Grubach. Według Józefa, funkcjonariusze liczyli, iż te osoby puszczą w obieg informację o jego aresztowaniu, przez co podważą jego reputacje w mieście i w pracy. Nagle dostrzegł, że sędzia jednym spojrzeniem dał znać komuś w tłumie. Powiedział głośno, iż zauważył to skinienie. Zaapelował do zgromadzonych, do których ów sygnał był skierowany, aby otwarcie okazywali swoje odczucia.

Mężczyzna stojący za zdenerwowanym sędzią nachylił się nad nim, aby udzielić mu jakiejś porady. Tak wyraźny wcześniej podział wśród zgromadzonych zatarł się. Nie było już lewej i prawej strony, reagujących odmiennie. Sala podzieliła się na zwolenników sędziego i Józefa. Więcej było tych drugich. K. zapowiedział, że jego przemówienie zbliża się do końca. Dodatkowo, aby to zaakcentować, uderzył pięścią w stół.
„Nie ma wątpliwości, że za wszystkimi funkcjami tego sądu, a więc w moim wypadku za aresztowaniem i dzisiejszym przesłuchaniem, stoi jakaś wielka organizacja. Organizacja, która zatrudnia nie tylko przekupionych strażników, ograniczonych nadzorców i sędziów śledczych, mających w najlepszym razie skromne wymagania, lecz także utrzymuje biurokrację wysokiego i najwyższego stopnia, z nieodzownym a niezliczonym orszakiem sług, pisarzy, żandarmów i innych pomocników, może nawet katów, tak jest, nie cofam tego słowa”,
powiedział Józef.. Za cel owej organizacji miało być wytaczanie bezsensownych zarzutów niewinnym obywatelom. Wszystko to, według K., miało związek z korupcją.

Gdzieś w tłumie rozległ się krzyk. Józef wytężył wzrok i przez kłęby dymu dostrzegł, że jeden z mężczyzn w kącie sali nacierał na praczkę. To właśnie on krzyczał i zwracał oczy ku sufitowi, co cieszyło zgromadzonych wokół. K. chciał zareagować, lecz pierwsze rzędy były tak zwarte, że niedałby rady przecisnąć się przez nie. W dodatku ktoś złapał go od tyłu za kołnierz. Udało mu się jednak zeskoczyć z podium, przez co znalazł się oko w oko z tłumem. Ten widok przeraził go i zadziwił.

Twarze mężczyzn przypominały mu oblicza pijaków. Zauważył też, że każdy ze zgromadzonych na sali miał na kołnierzu jakąś błyszczącą odznakę. Gdy się obrócił, ujrzał emblemat również u sędziego.
„Więc to tak! (…) Przecież wy wszyscy jesteście, jak widzę, urzędnikami, jesteście tą przekupną bandą, przeciwko której wystąpiłem, stłoczyliście się tutaj jako gapie i szpicle, utworzyliście pozorne partie, z których jedna oklaskiwała mnie, aby mnie wybadać, chcieliście nauczyć się sztuki zwodzenia niewinnych!”.
Szarpiąc jakiegoś starca krzyczał, że będzie musiał uciec się do użycia siły. Chwycił swój kapelusz i skierował się do wyjścia. Przy drzwiach czekał na niego sędzia śledczy. Otyły mężczyzna powiedział Józefowi, że właśnie zaprzepaścił swoją szansę na przesłuchanie, w którym mógł oczyścić się z zarzutów. K. roześmiał się, nazwał go „łajdakiem” i pośpiesznie wyszedł. Tłum za jego plecami zaczął ponownie wrzeć.

Rozdział trzeci
W pustej sali posiedzeń - Student – Kancelarie


Chociaż zawiadomienie nie przyszło, K. wybrał się następnej niedzieli ponownie do gmachu. Gdy zapukał do znajomych drzwi na piątym piętrze, praczka zdziwiona jego widokiem powiedziała, że tego dnia nie będzie posiedzenia. Dopiero, gdy pokazała Józefowi pusty pokój przesłuchań zdał sobie sprawę, że przyszedł na próżno. Mąż kobiety był sądowym woźnym. Wiadomość, że była ona mężatką zdziwiła K., który przypomniał sobie zajścia jakie miały miejsce w sali posiedzeń przed tygodniem. Praczka usprawiedliwiła się, iż incydent, którego była bohaterką i przez który przerwano jego mowę, nie wpłynął na ocenę jego wystąpienia. Postawa Józefa została przez zgromadzonych bardzo nieprzychylnie. Dalej kobieta dodała, że napastujący ją wtedy osobnik to student. Mężczyźnie wróżono wielką karierę polityczną, dlatego mąż praczki musiał znosić jego niestosowne zachowanie, aby nie stracić pracy.

Kobieta szeptem powiedziała Józefowi, że bardzo podobało się jej jego przemówienie i wyraziła swoją nadzieję, że uda mu się przeprowadzić pewne reformy. K. odpowiedział, że zależy mu na poprawieniu panujących w sądzie zwyczajów oraz zmianie procedur śledczych. Uradowana tymi słowami praczka pozwoliła Józefowi przejrzeć książki należące do sędziego śledczego, które ten zostawił na biurku. Wszystkie były stare i zniszczone. Na tytułowej stronie pierwszej z nich widniał sprośny rysunek nagiej pary siedzącej na kanapie. Druga nosiła tytuł Plagi, jakie musiała znosić Małgosia od swego męża Jasia. K. nie mógł uwierzyć, że człowiek posiadający takie książki miał go sądzić. Kobieta poprosiła Józefa, by usiadł obok niej na podium. Praczka zachwycała się oczami bohatera, przyznała też, że podobał się jej od samego początku.
„Więc to jest wszystko (…) oświadcza mi się, jest zepsuta jak wszyscy tu wokoło, ma już, co łatwo zrozumieć, urzędników sądowych do syta i z radością wita pierwszego lepszego mężczyznę komplementem na temat jego oczu”,
pomyślał K. i wstał. Wytłumaczył kobiecie, że mimo szczerych chęci nie będzie mogła mu pomóc, ponieważ nie znała żadnego wysokiego urzędnika. Aby odwzajemnić jej komplementy dodał, iż ona jemu również się podobała.
„Pani należy do społeczności, którą ją muszę zwalczać. Pani zaś czuje się w niej dobrze, jest pani zakochana w studencie, a jeśli go nawet nie kocha, to woli go pani w każdym razie od swego męża”,
dodał K.

Kobieta omal się nie rozpłakała. Prosiła Józefa, by nie opuszczał jej tak szybko. Bohater próbował ją uspokoić. Prosił ją, aby nie starała mu się pomóc w jego procesie, ponieważ dla niego nic on nie znaczył. Przekonywał kobietę, że cała ta sprawa to próba wymuszenia od niego łapówki, nic więcej. Poprosił praczkę, by przekazała śledczemu, że on nie będzie brał udziału w żadnych zajściach korupcyjnych. Kobieta oparła, że sprawozdania sędziego mają wielką wagę, a on wysyłał ich dziesiątki do swoich zwierzchników. Dodała też, że bohaterem wielu z tych raportów był właśnie Józef. Sugerowała również, że sędzia durzył się w niej i mogłaby to w jakiś sposób wykorzystać, by pomóc bohaterowi. Kobieta pokazała K. pończochy, które dostała od śledczego za pośrednictwem jego współpracownika, studenta.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 -  - 6 -  - 7 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Proces - streszczenie
2  Kim jest Józef K.?
3  Franz Kafka - życiorys -notatka szkolna



Komentarze: Proces - streszczenie szczegółowe

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2009-04-22 11:43:30

Serdeczne podziękowania dla autora, dzięki temu streszczeniu i zamieszczonym fragmentom ekranizacji pojęcie meritum utworu staje się bardzo przystępne.


2008-11-30 23:03:00

świetne streszczenie, gorąco polecam:D sam przeczytałem książke jakiś czas temu i potrzebowałem przypomnieć sobie najważniejsze fakty, i to streszczenie bardzo mi pomogło. Wielkie dzięki dla autora za poświecony czas:)




Streszczenia książek
Tagi: